Bloog Wirtualna Polska
Są 1 116 964 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zaczęło się w Kaliszu

czwartek, 24 kwietnia 2008 19:55

       Zaczęło się w Kaliszu 

 

 

Kalisza nie znałem, słyszałem od ludzi,

Że to miasto stare i da się polubić.

Gdy po raz pierwszy, tutaj przyjechałem,

Czasu na zwiedzanie, zbyt wiele nie miałem.

 

Razem z Paciorkiem, siadłszy do taksówki,

Pojechaliśmy bokiem, z dala od starówki.

Samochód czas jakiś sunął Górnośląską,

Minął most, Aleje, jechał w Częstochowską.

 

To druga z najdłuższych w Kaliszu ulica,

Nie zdobi jej żadna piękna kamienica.

A sama prowadzi na obrzeże miasta,

Na których rozłogiem W.S.K. wyrasta.

 

Nieśmiało wchodzimy w zakładu podwoje,

Pokonując zamkniętych, drzwi chyba ze troje.

W dziale kadr spotkało, nas miłe przyjęcie,

Oddaliśmy papiery z załączonym zdjęciem. 

 

Warunki nasze, wygłoszone słowem,

Włączono w całości w paragraf umowy.

Tak to zawiązałem z miastem kontakt stały,

Tu miałem dożywać zawodowej chwały. 

 

Na stałe, by osiąść, potrzebne mieszkanie,

Bo miałem na głowie, dwie kochane panie.

Rozpierzchły się szybko dylematy moje,

Widną kuchnię dostałem, a z nią dwa pokoje.

 

Wyznaczono staż pracy, na cztery kwartały,

Harmonogram omawiał, dokładnie rok cały.

Gdzie, czego, jak długo będziemy się uczyć?

By po tym okresie papiery poruczyć. 

 

Umowa na stałe będzie wiązać strony,

I zapadnie werdykt, czas nieokreślony.

Rok pierwszy przeminął, za dobre wyniki,

W drugim roku pracy, byłem kierownikiem. 

 

I tak rozpocząłem karierę w zawodzie,

Lata swoje miałem, już nie byłem młodzian.

Gdy tylko w rodzinie na świat przyszła Ania,

Wystąpiliśmy zaraz o zmianę mieszkania. 

 

Zadanie to trudne, bo brak jednej emki,

Nie dawał zbyt wiele atutów do ręki.

Gdy Danusia z impetem poparła staranie,

Już wkrótce nam dano przydział na mieszkanie.


Trzy pokoje z kuchnią na nowym osiedlu,

Tu od roku 80-tego tryb będziemy wiedli.

Każda córka miała teraz własny pokój,

Prosto rzecz ujmując, zapanował spokój.

 

 

Pustka po raz pierwszy w mym domu nastała,

Gdy Gosia na studia w Łodzi się dostała.

Cztery lata później szła na studia Ania,

Jeszcze większa pustka weszła do mieszkania. 

 

Ma najstarsza córka, po czasie niedługim,

Z Dariuszem stanęła na swym własnym ślubie.

Nie od razu mogłem z tym faktem się zgodzić,

Lecz trudno tu było coś innego radzić. 

 

Najtrudniej mi było przywyknąć do tego,

Że Gosia z Dariuszem zamieszkają w Brzegu.

Po roku w ich związku przyszła na świat Ania,

Prześliczna dziewczynka, warta miłowania.

 

 

Moja córka Ania, gdy studia skończyła,

Też do zamążpójścia już gotowa była.

Ze Zbyszkiem stanęła na ślubnym kobiercu,

Bo on był najbliższy jej młodemu sercu.

 

We Wrocławiu domek, ładny zakupili,

I myślę, że będą w nim szczęśliwie żyli.

Ze wszystkich myśli, najbardziej mnie smuci,

Ta, że do Kalisza żadna z nich nie wróci.

 

 

Gdy drugą wnuczkę ujrzały me oczy,

 

Myślałem, że z wrażenia serce mi wyskoczy,

 

Miała włosy ciemne, długie na dwa cale,

 

I anielski uśmiech, który twarz jej chwalił.

 

 

 

Julią zwać ja będziemy, rodzice mówili,

 

I fakt ten w kościele, na chrzcie potwierdzili.

 

Obie córki po mężach, nazwiska pobrały,

 

Jarmolińskich nazwisko, zapiszą annały.

 

 

 

 

Moi bracia również w życiu pecha mieli,

 

Nazwisko, choć ładne zostanie w kądzieli,

 

Starsza córka Gosia, którą tu wspominam,

 

Miała szczęścia więcej, urodziła syna.

 

 

 

Bartek ma na imię, mój wnuczek jedyny,

 

A rodziców Jurków, ukochany synek.

 

Gdy u młodszej córki na świat przyszła Ola,

 

Czułem, że do końca wypełnia się rola.

 

 

 

Taki obraz przedstawia prawda całkiem naga,

 

Bo tak się zaczęła rodu mego saga.

 

Dziś z żoną Danusią, jako emeryci,

 

Bez żadnych podtekstów idziemy przez życie.

 

 

Dziś cieszy nas każdy sukces naszych dzieci,

A jeszcze bardziej sukces dzieci-dzieci.

Często dziś powracam myślami w te lata,

W których los nam często, różne figle płatał.

 

Wszystkie chwile smutne, pamięć wyrzuciła,

I tylko najmilsze, nam pozostawiła.

Zabawy i harce czynione pospołu,

Sąsiedzi pamiętają i z góry i z dołu.

 

Dobrze by było, do tamtych chwil wrócić,

I z krzyża swego, lat trzydzieści zrzucić.

Poczuć tak jak kiedyś, krwi gorącej wrzenie,

Wiem, to nierealne, to tylko marzenie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zjazd rodzinny

wtorek, 15 kwietnia 2008 21:51

Zjazd rodzinny 

 

W wielkim skupieniu, goście chwilę trwali,

Gdy najstarszy z rodu, pomysł zjazdu chwalił.

Składając podzięki wszystkim zgromadzonym,

Widać, że naprawdę, był bardzo wzruszony. 

Gdy tak z namaszczeniem, wszyscy godnie stali,

Jacek, nie bez trudu ognisko rozpalił.

Do ogniska wcześniej, chrust i drwa zniesiono,

Dzień jeszcze się budził, jeszcze było rano. 

 

Na środek ogniska, karcz został włożony,

A potem szczepami szczelnie obłożony.

Dopełnieniem stosu, były suche brzózki,

Które przyciągnęli, Staszek z bratem Józkiem.

Wcześniej Edzia z Irką stoły zestawiły,  

Aby do biesiady już gotowe były.  

Zbyszek szybko piwo, zaczął z beczki toczyć,

 

Całym przedsięwzięciem chciał gości zaskoczyć.

Kiełbaski z kaszanką na ruszcie zagrzane,            

Z chęcią świeżym piwkiem będą popijane.            

Podano też ekstra, ogórki kiszone,            

W smaku boskie były no, bo mało słone.          

Pomidory w koszu, też tu przywieziono,    

Pospołu z bułkami na stół wyłożono. 

   

Dzieciaki wznosiły toasty napojem,    

Za zdrowie rodziców, a także za swoje.        

Na stołach nie brakło, też mocniejszych trunków,      

Które wyzwalają z życiowych frasunków.       

Na szpilki z osiki mięsa nadziewano,       

Szaszłyki ostrożnie nad ogniskiem grzano.       

Dobrze upiec szaszłyk, to zajęcie trudne,      

By uzyskać kolor, oraz smak ich cudny.      

Nad ogniskiem dzieci piekły swe kiełbaski,      

Od starszych nie chciały nawet żadnej łaski.

  

Kiedy już się wszyscy napili, najedli,    

Wtedy do biesiadnej, piosenki zasiedli.

Słowa każdej zwrotki echo powtarzało,    

A śpiewania gościom, ciągle było mało.      

Biesiada z ogniskiem, mogłaby trwać długo,     

Lecz trzeba zachować, też zdrowie na drugą.     

To sobota ma być dniem pełnym zabawy,     

I znów przy ognisku piec będą się strawy.

            

W sobotę nam Jacek ogłosił od razu,           

Wielki konkurs na hasło rodzinnego zjazdu.           

Po konkursie nastały zawody sportowe,          

W których nie zabrakło, też dojenia krowy.             

Wszystkie konkurencje, wcześniej ogłoszone,          

Starannie przez Darka, były prowadzone.           

Żeby nie uchybić właściwej ocenie,           

Juror w tej materii, miał już doświadczenie.

           

Po obiedzie, na ciasto konkurs ogłoszono,          

Pokrojone słodkości do sali wniesiono.          

Wybrano komisję, która sądzić będzie,           

Jakie ciasto najwyższą, nagrodę zdobędzie.           

Wybór bardzo trudny, lecz osądzić trzeba,          

Oceny nie można, wziąć tak prosto z nieba.          

Bo w trakcie konkursu, wszyscy próbowali,          

Zły werdykt komisji, zaraz by wyśmiali.           

Wśród ciast pierwsze miejsce, zajął orzechowiec,          

A blisko tuż za nim, stanął jagodowiec.          

Szarlotka też krótko na stołach ostała,          

Trzecie miejsce zajęła i za to jej chwała.

          

Dla dzieci bal wielki, nastał po obiedzie,         

Był on przebierany, więc każdy się biedził.         

Jaki strój na siebie, na ten bal założyć,         

By korowód cały, przez ten strój mógł ożyć.    

Podczas balu loteria, miała funkcjonować,   

Losy na nią od rana, już można kupować.   

Fanty tej loterii wszystkich uradują,   

Dlatego tak chętnie losy jej kupują. 

         

W sobotę po balu, znów zrobiono koło,    

Żeby przy ognisku bawić się wesoło.    

Wina do kielichów często dolewano,    

Ognisko strawiło nie jedno polano. 

O mocniejszych trunkach, tu nie będę pisał,

By abstynent jakiś tego nie usłyszał.

Lecz werwa, z którą chóralny śpiew wzrastał,

Nie bierze się nawet z najlepszego ciasta.

 

W sobotę przy ognisku, zabrakło muzyki,

Musiały ją w pełni zastąpić języki.

Graniem na gitarze, wszystkich zabawiano,

Śpiewy się skończyły, gdy nastało rano.     

W niedzielę gremialnie, udział we mszy wzięto,    

Bo w tym dniu Krzysztofa wypadało święto.    

On wszystkim kierowcom zawsze patronuje,    

Pod jego opieką, też dobrze się czuję. 

    

Zjazd kończył się godnie, niedzielnym obiadem,

Po którym do domów wszyscy się rozjadą.

Już dzisiaj solennie wszyscy przyrzekają,

Że gdy roczek minie, znowu się spotkają. 

Marysi się wielkie uznanie należy,

Bo teraz wie każdy, gdzie to Glisno leży.

Ona ten uroczy pałacyk wybrała,

Za tą propozycję jej należna chwała. 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

poniedziałek, 22 września 2014

Licznik odwiedzin:  2 394  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Archiwum

O moim bloogu

Wolne chwile a mam ich bardzo dużo sprawiedliwie dzielę między: Telewizję, poezję, politykę, motoryzację iogród.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2394

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl